Artykuł napisany

  • on 04.02.2010
  • at 08:19
  • by mdgs_pl

Kolory Singapuru

Na mapie Singapur to jedynie czarna kropka w południowo-wschodniej Azji. Skrawek ziemi wydzieranej systematycznie morzu, a jednocześnie jedno z najgęściej zaludnionych i najbogatszych państw świata rzucone w sam środek azjatyckiej biedy. Egzotyczna, miniaturowa i tropikalna Szwajcaria. Kraj niespotykanych, fascynujących kontrastów, egzotycznych kuchni, wielu języków, religii i … barw.
Czerwień Chinatown
Niezależnie od pory dnia Chinatown tętni życiem. Aby ze stacji metra dostać się wprost w kłębiący się tłum, trzeba zjechać po schodach w dół. Na ich szczycie przystaję, by popatrzeć na chińską dzielnicę. Morze czerwonych parasoli, barwnych straganów i szkarłatnych okiennic nad nimi. Pomiędzy budynkami rozwieszone sznury z czerwonymi lampionami, które rozświetlą ulice po zmierzchu.
Ta część Chinatown to dzielnica handlowa. Można tu kupić niemal wszystko – od tandetnych pamiątek, przez biżuterię z jadeitu, po najnowszą elektronikę. Najwięcej jest jednak sklepów i straganów oferujących tradycyjne, pięknie zdobione chińskie stroje, kapiące złotem i czerwienią szale, jedwabne pokrowce na poduszki i purpurowe, wiszące ozdoby ze znakami zodiaku albo literami chińskiego alfabetu.
Niespodziewanie, w samym sercu miniaturowego chińskiego królestwa jedna z najbardziej znanych w Singapurze hinduskich świątyń – Sri Mariamman. Zgodnie z obyczajem zdejmuję buty i po rozgrzanych upałem kamieniach wchodzę do środka. W głębi świątyni, za linią, której turystom przekraczać nie wolno, kapłani podają wiernym tace pełne owoców i naszyjniki z kwiatów, które ci składają przed kolorowymi figurami wieloramiennych bóstw. Tu już chińska czerwień nie obowiązuje – olbrzymie hinduskie posągi pomalowane są krzykliwymi, jasnymi kolorami, a wielka piramida nad wejściem góruje nad okolicą.
Chińskie pagody mniej rzucają się w oczy. Po ciemnoczerwonych ścianach pełzną złote łańcuchy ozdobnych, chińskich liter, z purpurowych kobierców uśmiechają się postacie Buddy. Przed nimi, powtykane pękami w szkarłatne podstawki, palą się kadzidełka.
Złote Little India
Dzielnica hinduska to świat złota – nawet owoce zdają się tu mieć przede wszystkim różne odcienie słonecznej żółci. W najsłynniejszym Mustafa Centre całe piętra wypełniają gabloty ze złotą biżuterią, od której aż ćmi się w oczach. Niewiele mniej ozdób mają na sobie każdego dnia hinduskie kobiety i dziewczynki. Kolczyki w uszach i nosie, naszyjniki, bransoletki na nadgarstkach i kostkach nóg. Złotem kapią też sklepy okolicznych krawców. Przepięknie zdobione materiały oglądają śniade Hinduski owinięte w kolorowe sari.
Wyprawa do Little India to także podróż w aromatyczny świat przypraw. Ich intensywne zapachy kręcą w nosie, a smak także nie pozostaje dla Europejczyka obojętny. Dlatego potraw w okolicznych restauracjach trzeba próbować bardzo ostrożnie. Sklepiki z przyprawami graniczą z żółto-pomarańczowymi straganami pełnymi egzotycznych, owoców – różnych odmian bananów, papai, rambutanów, karamboli i innych, których nazw nie potrafię nawet wymienić. Jedynie przypominający kolczastą kulę i niemiłosiernie cuchnący durian – król owoców – sprzedawany jest zawsze oddzielnie. Jego zapach jest trudny do zniesienia i wyczuć go można z bardzo daleka. Dlatego nie wolno wnosić go do żadnego ze środków singapurskiej komunikacji publicznej. A smak? Albo się go kocha, albo nienawidzi – sama zdecydowanie należę do tej drugiej kategorii.
Civic District: błękit i biel
Singapur kolonialny, a zarazem dzielnica ultranowoczesnych drapaczy chmur. Najlepiej podziwiać ją z rzeki, dlatego wsiadam do jednej z łodzi kursujących po Singapore River. Mijamy Boat Quay, szereg modnych restauracyjek nad kanałem, które serwują specjały singapurskich kuchni – przeróżne odmiany dań chińskich, hinduskich, malajskich czy tajskich. Po przeciwnej stronie rzeki utrzymany w kolonialnym stylu wspaniały, kremowo-biały budynek Muzeum Cywilizacji Azji, a przed nim biały pomnik sir Stamforda Rafflesa, założyciela Singapuru. Na wprost monumentalny i luksusowy, pamiętający czasy brytyjskich rządów, Fullerton Hotel odcina się jasną plamą od górujących nad nim, stalowo-błękitnych wieżowców. W słońcu niebieskie wydają się także Esplanade – futurystyczny budynek teatru przypominający trochę operę w Sydney albo, jak kto woli, owoc duriana – oraz liczne luksusowe i nowoczesne centra handlowe rozsiane gęsto po centralnej dzielnicy. I w końcu biały symbol państwa – wielka figura Meriliona, ryby z głową lwa. Singapur w sanskrycie znaczy tyle co Miasto Lwa.
W Civic District trudno o egzotykę i orientalną atmosferę dzielnicy hinduskiej czy chińskiej. To Singapur bardzo zachodni, chociaż nie do końca nowoczesny – kolonialne budynki, począwszy od parlamentu, na katedrze św. Andrzeja skończywszy, odciskają na nim swoje piętno. Tu najbardziej czuć charakter dawnej brytyjskiej kolonii i właśnie tutaj charakterystyczne piętrowe autobusy wydają się najbardziej na miejscu.
Spacer po Singapurze przypomina magiczną podróż w czasie i przestrzeni. Każdy zakręt szykuje niespodziankę – nigdy nie można być pewnym, czy za rogiem naszym oczom ukaże się na wskroś nowoczesny drapacz chmur, pamiętający czasy rządów brytyjskich kolonialny budynek, tętniące życiem chińskie targowisko czy wypełniona barwnymi rzeźbami hinduska świątynia. Wielobarwne domy i sklepy, świątynie, stragany i potrawy; przeróżne kolory strojów i skóry. Na tle tej tęczowej mozaiki wyróżnia się jednak jedna barwa. Kolorem Singapuru jest zieleń. To miasto-ogród, zachwycające wspaniałą, egzotyczną roślinnością. I to nie tylko w przepięknym ogrodzie botanicznym, wypielęgnowanych parkach czy dzikich rezerwatach z lasem deszczowym. Tropikalne kwiaty, palmy, krzewy są tu niemal wszędzie – przy autostradach, na mostach, kładkach nad ulicami, wokół budynków. Bujne i wiecznie zielone, obmywane co i raz ciepłym, ulewnym deszczem, sprawiają, że wielkie, nowoczesne i zatłoczone miasto kwitnie.
Agnieszka Dobosz
Źródło: http://www.global.net.pl/59182.xml