Liberia – kraj silnych kobiet
Ellen Johnson Sirleaf, obecna prezydent Liberii, pamięta jak broniła się, błagając o życie. Kiedy szydzący z niej żołdacy grozili, że zakopią ją żywcem – użyła wtedy ostatecznego argumentu: „Nie możecie tego zrobić. Pomyślcie o waszych matkach”.Do dziś nie jest pewna, dlaczego ją oszczędzili. Uwięziona podczas zamachu stanu w latach 80. XX w., przyglądała się następnie, jak Liberia utonęła w otchłani krwawej, 14-letniej wojny domowej. Jako prezydent właśnie do matek i kobiet zwróciła się Sirleaf o powszechne poparcie w odbudowie kraju, który w zasadzie zbankrutował.
Kobiety piastują sześć z 22 najważniejszych stanowisk w jej gabinecie: są ministrami spraw zagranicznych, handlu, sprawiedliwości, rolnictwa, sportu oraz równouprawnienia kobiet i mężczyzn. Sirleaf jest stanowcza, jeśli chodzi o powody, dla których tyle pań zasiada w rządzie pierwszej w Afryce demokratycznie wybranej kobiety-głowy państwa.
czytaj dalej
- Kobiety mają silniejsze poczucie obowiązku, są bardziej zaangażowane. Pracują ciężej. Są uczciwe, a ich doświadczenie zawodowe usprawiedliwia taką sytuację – stwierdza 71-letnia Sirleaf. – W każdym miejscu, gdzie pracowałam, kiedykolwiek dochodziło do skandalu lub jakichkolwiek nieprawidłowości, zawsze zamieszani w to byli mężczyźni.
Sirleaf przygotowuje się do walki o reelekcję w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Jest jednak postacią kontrowersyjną. Podczas gdy siły pokojowe Narodów Zjednoczonych są wycofywane, Sirleaf staje w obliczu coraz większej presji narodowej komisji prawdy i pojednania, która wzywa, aby ona oraz dziesiątki innych nie mogli piastować urzędów publicznych przez 30 lat w związku z rolę, jaką odegrali w czasie wojny domowej.
W Liberii, twierdzi Sirleaf, mężczyźni są bardziej narażeni na korupcję: – W afrykańskich realiach mężczyźni mają zbyt rozbudowane rodziny – zbyt dużo dalszych krewnych. Mają zbyt dużo obowiązków poza rodziną i domem, więc wymagania stawiane wobec nich są większe i trudniejsze do spełnienia.
Na początku jej kampanii prezydenckiej w 2005 roku, Sirleaf uznała korupcję za „Wroga Publicznego Numer Jeden.” Od tego czasu musiała stawić czoła rzeczywistości 3,5-milionowego narodu, w którym bezrobocie wynosi 85 proc., a 60 proc. populacji stanowią obywatele poniżej 25 roku życia.
Sirleaf, absolwentka ekonomii na Harvardzie, stworzyła komisję antykorupcyjną do zwalczania łapówkarstwa oraz doprowadziła do uchwalenia kodeksu postępowania służby cywilnej. Reguły te okazały się być pułapką dla dwóch rządowych ministrów, w tym jej bliskiego krewnego. A.B. Johnson zrezygnował w zeszłym miesiącu z funkcji ministra spraw wewnętrznych z powodu skandalu związanego z wydawaniem pieniędzy z funduszu rozwoju społeczeństwa.
Prezydent Sirleaf stwierdziła wtedy, że została osobiście zdradzona przez byłego już ministra. Ale na tym przykładzie widać jak mocno Liberia musi walczyć z rozkładem wartości, będącym następstwem wojny i trudnego okresu wychodzenia z krwawego konfliktu.
Ludzie poszukiwali „publicznych posad, ponieważ dawały im one możliwość wymuszanie drobnych usług” – tłumaczy pani prezydent. „To, co zrobiliśmy, to naświetlenie tego problemu”.
Sirleaf zapewnia, że ubiega się o reelekcję, żeby spełnić ambicje, który zablokował globalny kryzys ekonomiczny. – Chcę być pewna, że coś po mnie zostanie i że swoimi rządami dokonałam zmian – podkreśla.
Doreen Carvajal/The International Herald Tribune
Tłum. Katarzyna Ziomek
Źródło: fakty.interia.pl










